KAZANIE KS. PROBOSZCZA 08.02

2  NIEDZIELA WIELKIEGO POSTU08.03.2026r.

1.  Po tej Ewangelii można się rozmarzyć. Pofantazjować. Gdyby choć raz w roku na naszej mszy wydarzył się cud podobny do tego na górze Tabor. I Hostia błysnęłaby niezwykłym światłem lub jak w cudach eucharystycznych pojawiła się w niej kropla krwi. Byłoby świetnie. Albo gdyby z kielicha Krwi Pańskiej wydobył się obłok świetlany wypełniający świątynię. A zamiast gadającego księdza rozległ się głos z nieba. Natychmiast przestalibyśmy się nudzić i chodzić na mszę z przyzwyczajenia lub by nie było grzechu. A ci, którzy w niedzielę wolą pracować, siedzieć w internecie lub pójść na wycieczkę, z wielkim oczekiwaniem przychodziliby do kościoła. I to byliby tuż przy ołtarzu, bo skoro w każdej chwili może się dokonać jakiś cud, to warto być blisko. Kościół byłby dziś pełny, że szpilki nie włożysz, a nie tak, że można usiąść wygodnie w ławce. I nikt by się nie martwił, czy jest zimno czy ciepło, wygodnie czy nie. Nie tylko takie zwykłe opuszczanie mszy, ale miejsce, które zajmujemy, mówi, że tu się nie ma prawa nic ważnego wydarzyć. Jedziemy na pielgrzymkę do miejsc cudu eucharystycznego, nie robiąc kroku, by uczestniczyć w adoracji, którą mamy w swoim kościele. Tyle fantazji i marzeń.

2. Przemienienie na górze Tabor jest towarem ściśle reglamentowanym. Jakby było w nim coś niebezpiecznego i trującego. Tylko trzej uczniowie idą na pustkowie i by było dalej, wspinają się na górę. A na koniec otrzymują nakaz, by na razie nic o tym nie mówić. Często mówimy, że to było przygotowanie do męki i śmierci Jezusa, by uratować uczniów przed zwątpieniem. Ale nic się takiego nie stało. Nawet z tej trójki dwóch uciekło. Jan został, jednak to wcale nie oznacza, że został z powodu wiary w moc Boga, która się objawiła na krzyżu. Dla całej reszty tym bardziej to nic nie znaczyło, bo w ogóle nie wiedzieli, co się stało. By zrozumieć, o co chodzi, trzeba z całego wydarzenia wybrać słowo najistotniejsze. Wszystko co się stało na Taborze, prowadzi do tego słowa Boga Ojca: „To jest mój Syn umiłowany…Jego słuchajcie.” To ważne, że Bóg, który jest w niebie, potrafi z całą mocą mówić do człowieka na ziemi. Cały Stary Testament jest świadectwem, jak Bóg może mówić. Tam nie ma Wcielonego Syna Bożego. Jest zapowiedź i nadzieja. Gdyby chodziło o samo mówienie, to Syn Boży mógłby sobie spokojnie pozostać w niebie. Bóg Ojciec bez problemu powiedziałby wszystko, co chce powiedzieć i to z taką mocą, że “klękajcie narody”.

3. Bóg Ojciec, gdyby chciał nam wygarnąć całą prawdę, co mamy robić, a czego nie i co nas czeka w wieczności, nie potrzebowałby do tego Swego Syna. Najwyżej zaprosiłby Go do kolegium Sądu Ostatecznego, by było sprawnie i szybko. Sami czasem się szczycimy, że potrafimy mówić prawdę prosto z mostu, na nic się nie oglądając. Tak tłumaczymy nasze obmowy, że “przecież prawdę mówię”. Bóg nie chce nam objawiać, że ma rację i nikt Mu się nie sprzeciwi . On nam objawia Swoją niepojętą miłość. Daje za nas i dla nas Umiłowanego Syna. Bez Męki i Śmierci Jezusa przemienienie na Taborze nic nie znaczy. Uczniowie padli na twarz wobec blasku majestatu Boga. A Jezus ich podnosi, jakby chciał powiedzieć, że nie o to Bogu chodzi. Nie chce nas powalić na ziemię, zgiąć albo złamać naszych kolan i karku, by wreszcie na tym świecie nastał porządek; Bóg jest Bogiem, a człowiek tylko człowiekiem. On nam mówi o porażającym blasku Jego miłości. Dlatego daje Syna.

4. To jest jedyny prawdziwy cud i blask, i SŁOWO. Dla ludzi, którzy mówią: “zrób Boże coś niezwykłego, spektakularnego, fascynującego, to wtedy w Ciebie uwierzę”. Inni wolą mówić: “Boże uderz wreszcie w ten zepsuty świat, by przywrócić porządek”. My jesteśmy zaproszeni na prawdziwą górę Tabor, którą jest Golgota, by tam zostać otoczonym blaskiem Bożej miłości. To jest pierwsze znaczenie słowa Boga: „Jego słuchajcie.” Trudno o większa klęskę, niż pogardzić miłością, nie zauważyć jej, mieć ją za nic. Tak się dzieje wobec miłości drugiego człowieka, gdy jej nie widzimy lub uważamy za coś, co nam się należy. Gdy mamy za nic miłość Boga, nie ma już dla nas większego Słowa. Jest też niemal natychmiast drugie znaczenie „Jego słuchajcie.” Tak jest w dzisiejszej liturgii Słowa: św. Paweł mówi o łasce i miłości, „która została nam dana w Chrystusie”, ale w Księdze Rodzaju mamy powołanie Abrahama do nowego życia: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej.” Uczniowie na Taborze padli na ziemię jak sparaliżowani. Kto spotkał światło miłości Bożej przeciwnie: wyrusza w drogę.

5. Obrazuje to wydarzenie z życia św. Teresy. Będziemy je też przywoływać na kazaniu pasyjnym o nadziei, która rodzi nowe życie. „Pewnej niedzieli oglądałam fotografię naszego Pana na Krzyżu, uderzył mnie widok Krwi, która spływała z Jego Boskich rąk. Ogarnął mnie wielki smutek na myśl, że ta krew spada na ziemie, a nikt się nie kwapi by ją przyjąć.” Dla 14 letniej osoby to jest jak zapalnik wielkiej eksplozji światła i pragnienia, które całkowicie zmieni całe jej życie czyli następne 10 lat. Pojawia się pasja i gorliwość w ratowaniu dusz grzeszników, by Krew Jezusa nie padała na ziemię bezowocnie. Zaczyna od ratowania zbrodniarza Henriego Pranziniego, skazanego na śmierć. Gdy wszyscy go potępiają i życzą piekła, Teresa przeciwnie: „Chciałam za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by poszedł do piekła.” Choć zupełnie go nie zna, modli się, pości, zamawia po cichu mszę (bo głośno nikt by jej nie chciał odprawić). Gdy czyta w gazecie, że ten zatwardziały grzesznik i bezbożnik przed śmiercią bierze krzyż i go całuje stwierdza: „To jest „moje pierwsze dziecko.” Pragnienie ratowania ludzi będzie w niej tylko wzrastać, aż do godziny śmierci i teraz z nieba robi to samo. Po to uobecniamy Mękę Pańską w każdej Eucharystii, wpatrujemy się w nią w Gorzkich Żalach i Drodze Krzyżowej, w Godzinie Miłosierdzia, by mieć nadzieję na takie doświadczenie i przemienienie na naszym Taborze. I tak rodzi się nowe życie. Nie będziemy już szukać i potrzebować innego cudu.

 18 Wyświetlenie,  1 Dzisiaj