KAZANIE KS. PROBOSZCZA 29.10

30 NIEDZIELA ZWYKŁA29.10.2023r.

1. Mamy przekonanie, że bogactwo i dobrobyt zamykają człowieka na Boga. W bogatych krajach Europy, gdzie ludzie wszystko mają – i to w nadmiarze – wiara zanika, a Bóg jest niepotrzebny. Kościoły wystawia się na sprzedaż. Bóg może nawet być, ale jest niepotrzebny. Nie ma żadnej potrzeby Boga. Trudno się dziwić, że tym bardziej nie czujemy, żadnej potrzeby Kościoła, ani w postaci świątyni, ani w postaci wspólnoty ludzi wierzących. Tyle razy się ten Kościół skompromitował i kompromituje dalej. Wielu głosi, że potrzeba jakiejś biedy, by ludzie na nowo odkryli potrzebę Boga. Bo wiara jest dobra dla ludzi biednych, którzy sobie nie radzą z życiem. Dopiero jak następuje jakaś trwoga, to ludzie wrócą do Boga. I będzie tak jak dawniej, gdy, jak to mówimy, ludzie chodzili do Kościoła i wszystko było pięknie, choć przecież dawne piękne czasy bywają przereklamowane. Starsi ludzie dobrze pamiętają, że gdy w rynku była jeszcze knajpa, wielu, zwłaszcza mężczyzn, już na długim kazaniu tam zachodziło, by przy piwie albo wódce przetrwać ten kościelny czas. W najnowszym spisie powszechnym w Polsce przynależność do Kościoła katolickiego zadeklarowało 71% odpowiadających. To ponad 16% mniej niż 10 lat temu. Prawie 7 milionów Polaków przestało uważać się za katolików. I prawie 8 milionów odmówiło odpowiedzi na pytanie o wiarę. Zapewne nie są grupą, która z Kościołem czuje się związana. Kolejne 2 miliony jest poza wszelkim wyznaniem, co często oznacza ateizm. Czy te liczby mają nas tylko przerażać?

2. Nie potrzebujemy spisu, by widzieć, że stajemy się mniejszością. Widzimy to wszędzie: w naszych rodzinach i środowiskach pracy. Dziesiątki lat temu przyszły papież, kardynał Ratzinger, ukazywał wizję Kościoła w czasie wielkich wstrząsów: „Z dzisiejszego kryzysu wyłoni się Kościół, który straci wiele. Stanie się nieliczny…Rozpocznie na nowo od małych grup…mniejszości, która na nowo postawi wiarę w centrum doświadczenia. Będzie Kościołem bardziej duchowym…” To opis końca, który jednak staje się początkiem. Jeszcze jedna liczba 7,5 miliona katolików praktykujących życie sakramentalne czyli 28%. Istnieje ogromna grupa wierzących i niepraktykujących. To ludzie na progu Kościoła: ani do niego nie weszli i jeszcze go nie opuścili. Mamy jeszcze jedną niezwykłą kategorię osób: praktykujący niewierzący. Grupą szczególnego ryzyka są księża. Na pewno praktykują, lecz często mamy bolesne pytanie: czy wierzą? Wielu bywa w Kościele z tradycji, przyzwyczajenia, rzadziej ze względu na to, co powiedzą ludzie, dla świętego spokoju, by babcia czy mama nie gadały. Czasem jestem, czasem mnie nie ma, z przewagą: nie ma. Jeszcze trochę praktykuję, ale już nie wierzę, że mi to coś daje. Nie wierzę, że Bóg ma mi coś do zaoferowania. Czy mamy uznać, że Kościół po prostu umiera? I niedługo w Polsce będziemy mieć bardzo wiele nowych sal muzealnych, koncertowych, sklepów, restauracji, sal gimnastycznych zamienionych ze świątyń, jak to jest w wielu miejscach świata. A może nas to nie dotyczy? Nasza świątynia wciąż jest upiększana, wciąż jest wielu ludzi, którzy się o nią troszczą. Będziemy niedługo przeżywać 200 lecie jej konsekracji i koronację figury Madonny. I może jeszcze ostatnia liczba, która da więcej pokory i prawdy. Według naszego liczenia wiernych na mszach niedzielnych od zeszłego roku ubyło kilkadziesiąt osób.

3. Odpowiedź na pytanie: co się stanie z Kościołem, jest w Słowie Bożym. Jest tam także odpowiedź na pytanie, co my możemy zrobić w tym kryzysie? Dziś celnik Zacheusz jest dowodem na to, że bogactwo nie musi być przeszkodą w spotkaniu z Jezusem. Jak bieda nie musi do Boga zbliżać. Był bogaczem i oszustem, dorabiającym się na cudzej krzywdzie – jak w powiedzeniu, że pierwszy milion trzeba ukraść. To co uratowało Zacheusza kryje się w krótkich słowach: „chciał zobaczyć Jezusa, kto to jest.” Zacheusz nie zamknął się w swoim bogactwie, w postawie pychy: sam sobie wystarczam. Pokusa bogactwa materialnego to nic wobec pokusy pychy bogactwa duchowego. Wtedy człowiek nie potrzebuje Boga i zbawienia, bo sam przejął rolę Boga. Sam daje sobie życie wieczne, sam ustala, co dobre, a co złe. Sam sobie przebacza i sam usprawiedliwia. Jak dziecko, które oszukując nauczyciela, podrabia usprawiedliwienie. Znakiem duchowej pychy i bogactwa jest poczucie wyższości nad innymi, potępianie i oskarżanie innych. Ja jestem dobry i święty, ja nie mam grzechu, to inni są grzesznikami, których trzeba potępiać. To credo duchowej pychy. Może dlatego w historii Kościoła Bóg dopuszczał kryzysy, nawet unicestwianie Kościoła w wielu miejscach ziemi? Nieustannie czuwają, by Kościół wrócił do swego ubóstwa, wstrząsami sprawiał, by Kościół na nowo stawał się maleńki i ubogi. I byśmy w Kościele nie uprawiali kultu samych siebie, zamiast adorować samego Boga. Czy w nas jest ta postawa: Chcę widzieć Jezusa! Cała moja wiara, pobożność, modlitwa, spowiedź, komunia, stanie się martwa bez tego pragnienia i otwarcia, by w nowy sposób spotkać i poznać Jezusa. Pytania o kryzys świata i Kościoła, o kryzysy osobiste, będą bez odpowiedzi. Będzie tylko więcej beznadziei. Tylko nowe poznanie Jezusa jest tą odpowiedzią i nadzieją.

4. Jest jeszcze jeden ważny krok Zacheusza. Nie wystarczyło pragnienie spotkania Jezusa, mgliste i nieokreślone. Herod też chciał się z Jezusem spotkać, a skończyło się to źle. Zacheusz robi wszystko, co możliwe, by to pragnienie spełnić. Choć nie mógł nawet przewidzieć, jak jego życie się odmieni. Wykorzystał to, co miał wokół siebie: „Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, żeby Go zobaczyć…” po ludzku Zacheusz się wygłupił, stał obiektem śmiechu. Poważny człowiek, bogato ubrany jak małpa wspina się na drzewo. Dotąd wszyscy się go bali, teraz się śmieją. Miał wielką władzę i krzywdził ludzi, a teraz wisi na drzewie. To kompromitujące. Z całą pewnością i my mamy swoje drzewo sykomory. Jest przy drodze po której idziemy i w tym czasie. Coraz trudniej jest nam przyznać się do wiary, słowem, znakiem noszonego medalika, krzyża. Nie do wiary po swojemu i we własnego Boga, ale bycia wierzącym katolikiem. Zamiast wychodzić na sykomorę raczej się kryjemy. W październiku tą sykomorą mógł być różaniec zwłaszcza odmawiany wspólnie i publicznie. Skończył się tydzień misyjnych, a z nim pytanie o moje świadectwo wiary. Gdy słyszymy, że ktoś głosi wiarę myślimy: ksiądz albo świadek Jehowy. Katolicy tego nie robią. Najczęściej nie mówią o swej wierze, nie mówią o Bogu, nie potrafią swej wiary bronić, mieć ją przemyślaną i opartą o Słowo Boże. Zamiast wychodzić na sykomorę, narażając się jak Zacheusz, my raczej wchodzimy do głębokiej piwnicy ukrycia. Wiara to sprawa prywatna i ukryta. I patrząc na mnie, nikt nie wie, w co wierzę. Oto moja sykomora. Wielu z Kościoła ucieka lub już uciekło, a ja mogę do niego dopiero teraz w tym kryzysie bardziej i prawdziwej wchodzić. Tylko tak spotkam Jezusa i tylko tak On może odmienić całe moje życie.

 298 Wyświetlenie,  1 Dzisiaj