KAZANIE KS. PROBOSZCZA 24.09

25 NIEDZIELA ZWYKŁA24.09.2023r.

1. W centrum dzisiejszej przypowieści są pieniądze, a dokładnie denar. Była to moneta drobna, denar wystarczył na dzień skromnego utrzymania rodziny. Dziś trudno to przeliczyć na złotówki. Żyjemy na zupełnie innym poziomie materialnym, a i między nami są ogromne różnice. Dla jednego 50 złotych dziennie to dużo, dla innego prawie nic. Była to skromna zapłata za 11 godzin pracy: od 6 rano do 17. Bez tej zapłaty rodzina była skazana na biedę i głód. Nie było wtedy kont oszczędnościowych, a ludzie żyli z dnia na dzień. Rozwinięte było zjawisko pożyczek pod zastaw nawet ubrania. To pozwala zrozumieć straszne położenie robotników niewezwanych do pracy. Godziny bezczynności to nie wygodny wypoczynek w miłym cieniu, ale czas rozpaczliwego strachu, czy rodziny będą miały co jeść. To dobrze, że Pan Jezus nie unika tematu pieniędzy i często o nich mówi. Choć powtarzamy, że pieniądze szczęścia nie dają, to jednak każdy chce to sprawdzić na sobie. Nie przyznajemy się do ulegania czarowi pieniądza, który budzi chciwość, by mieć więcej i więce oraz budzi pychę i poczucie władzy, bo mam więcej niż inni i wszyscy się ze maną liczą. Pieniądze stają się także ważną częścią relacji do samego Boga. Można nawet nie zauważyć, że chcę od Boga kupować, z Bogiem handlować, kupić Go. Można pytać: ile kosztuje msza? Płacę i modlitwa ma być tylko w mojej intencji i za nikogo innego. To cytat z dodatkiem: „mogę nawet za to trochę dopłacić”. Można wierzyć, że Boga da się przekupić, niemal skorumpować. Ale też wierzyć, że Bóg powinien nam płacić – i to sprawiedliwie, jak w tej przypowieści robi to gospodarz winnicy – za to, co robimy.

2. Słyszałem opowieść o starszej osobie, w której wersalce po śmierci odkryto pełno banknotów zbieranych przez całe życie. Dokładnie „spała na pieniądzach.” Choć były już bezwartościowe i zdewaluowane ku rozpaczy rodziny. Spotkałem starszą i nieuleczalnie chorą osobę, która pod poduszką trzymała zwitek banknotów jak swój największy skarb życia. Dziś jeden z bohaterów przypowieści czuje, że Bóg mu za mało zapłacił. Poprzedniej niedzieli w przypowieści o nielitościwym dłużniku król darował niewyobrażalny dług. A człowiek tej dobroci nie rozumie, staje się bezlitosny wobec długu bliźniego. Możemy nawet Boga traktować jako dłużnika, uważać Jego sposób rządzenia światem za niesprawiedliwy. Zauważy jednak, że wezwani do pracy od początku mają jasną umowę: dzień pracy za denara. Inni ufają dobroci gospodarza: „co będzie słuszne, dam wam.” Pierwsi są pewni zapłaty, pewni swego, bo zapłata to nie łaska, ale należność. Inni mogą tylko wierzyć w dobroć gospodarza, że ich nie oszuka. Im później rozpoczynają pracę, tym bardziej muszą ufać. Najęci w ostatniej godzinie ufają najbardziej. Nie przestali czekać z nadzieją, że warto iść do pracy nawet na ostatnią chwilę. Do jakiej grupy my należymy? Wskazówkę daje przypowieść: „Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?” Nasze oko jest złe, gdy sądzimy, że wszystko nam się należy, nawet wieczność i niebo. Ja na zbawienie zapracowałem: bo jestem pobożny, jestem lepszy od innych. Złe oko źle sądzi o innych. Rodzi gniew i złość, że człowiek może się nawrócić w ostatniej chwili jak łotr na krzyżu i być pierwszym w niebie. To niepojęte dla złego oka. Najbardziej piekielny objaw złego oka to smutek, frustracja z powodu dobroci i łaski Boga. To złe oko sprawia, że człowiek nawet w niebie będzie nieszczęśliwy, gdy zobaczy, kto tam wchodzi i to pierwszy.

3. Niebo i piekło nie są w zaświatach. Są w nas i DZIŚ sami decydujemy, gdzie wchodzimy. Czy żyjemy ufnością w dobroć Boga, nadzieją, że On wciąż przychodzi i do końca życia nas zaprasza do Swej winnicy i do Swego domu? I czy patrzymy dobrym okiem, widząc nawet w najtrudniejszym świecie dzieła Bożej dobroci i czekamy na większe? Ale jest też piekło złego oka. Wtedy nawet dobroć Boga jest bolesna. To życie pełne goryczy, gniewu i niezadowolenia. To oskarżanie Boga i ludzi, rachunki krzywd. Czytaliśmy słowa Św. Pawła do Filipian pisane z więzienia. Paweł nie wie, czy skończy się to dla niego uwolnieniem czy śmiercią. Pisze do jedynej gminy, od której przyjmował pieniądze na swe utrzymanie. Pisze bez żadnego pesymizmu, żadnego narzekania czy pretensji: Boże czemu mnie to spotyka, czemu na to pozwalasz? Szokujące są te słowa pełne pokoju, nadziei, radości z życia zjednoczonego z Bogiem na dobre i na złe: „Dla mnie żyć to Chrystus, a umrzeć to zysk.” Nie wie, co go spotka, ale wszystko jest gotów przyjąć, wszystko, co mu poda dłoń Bożej Opatrzności. Jest gotów dalej żyć, pracować i jest gotów przyjąć wyrok śmierci.

4. Słyszymy i mówimy w kościele: „Bóg zapłać”. Niektórzy nazywają to żartobliwie i trochę złośliwie walutą watykańską. To zapłata przerzucona na Boga nie na zasadzie mnie się należy, zapracowałem, ale zawierzenie Bożej dobroci, nieskończonemu Miłosierdziu. Co trzeba zrobić, by człowiek to mógł prawdziwie usłyszeć: „Bóg zapłać”? Może nigdy w życiu nie zrobiliśmy czegoś bezinteresownego, bez własnych rachunków: należy mi się, zasłużyłem, niech mi odpłacą. Jak robotnicy ostatniej godziny. Nic im się nie należało, mogli tylko mieć nadzieję i ufać dobroci gospodarza. To kryje nasze „Bóg zapłać” Może do takiego czynu i pracy dopiero będę wezwany. Dobrze jest na to czekać, jak robotnicy z przypowieści. Nie zwątpić, że już nic wielkiego w moim życiu się nie wydarzy. Już wszystko mam za sobą. Jest Coś, co uczy takiej nadziei, że najważniejsze powołanie jest przed nami, nawet jeżeli żyjemy dziesiątki lat. To Coś, dzięki czemu wciąż czekamy, to modlitwa uwielbienia: „Będę Cię wielbił, Boże…Każdego dnia będę błogosławił Ciebie…” – jak dziś w psalmie 145. Nie proszę, nie dziękuję, nie przepraszam, ale Boga uwielbiam. Jest w tym jakaś bezinteresowność, do jakiej może być zdolny człowiek: uwielbienie Boga, radość z Jego bliskości, zachwyt nad mądrością i dobrocią, której często nie rozumiemy i źle osądzamy. To uwielbienie Boga uczy nas powierzania siebie z dziecięcą ufnością dłoniom Ojca. Przyjmowania z nich wszystkiego, co daje. Wtedy „Bóg zapłać” nie jest żartem, ani złośliwością. Jest naszą wielką i żywą nadzieją, że największe dzieła Boże są przed nami. I warto mieć nadzieję do ostatniej godziny. I po to jest modlitwa początku, jak ta poranna, by tę nadzieję ożywić. By z dobrym okiem ruszyć w dzień, w życie i w swoją pracę. I jak apostoł: „żyć… to dla mnie owocna praca.”

 92 Wyświetlenie,  1 Dzisiaj